Powstanie Warszawskie - Dzień 32

Powróciłam - marsz nocny w kanale - przedostanie się ze Starówki do Śródmieścia. Przypuszczam, że cała ta eskapada sierpniowa, a także przejście co najmniej 5 godzin kanałem wyryło na mnie piętno niesamowite, nie mówiąc tu już o ranach. Dźwigam swą poszarpaną rękę przybandażowaną do ciała i ciągnę lekko zranioną nogę.

Moje spalone włosy są w nieładzie - krótkie są i podstrzyżone. Chcę wyobrazić sobie, co się działo i jak okropnie wyglądałam, idąc ulicami wprost z kanału do domu. Szłam do matki. O, wtedy nikt na mnie nie zwracał uwagi. Ze wszystkich stron kanonady. Groza śmierci. Tu się odczuwało tę słabość ludzi po twarzach zmęczonych i otępiałych, chęć zrzucenia z siebie, niech inni cierpią, abyśmy my wyszli cało i uniknęli tej strasznej śmierci. Czasem modlitwa tchórzliwa dochodziła mych uszu i gdzieś z piwnic przerażone do szaleństwa oczy tłumu. Przecież nie wszyscy tacy byli - o nie. Spotykało się w każdym kącie zrujnowanym oczy pałające i oczy szczere. Kobiety całujące miejsca święte, skrwawione - oni podtrzymywali w nas ducha. Trwaliśmy 2 miesiące.

Powstanie Warszawskie - Dzień 20

W Śródmieściu, w nocy z 19 na 20 sierpnia, oddziały powstańcze pod dowództwem rtm. Henryka Roycewicza „Leliwy” przystępują do natarcia na potężny, ośmiopiętrowy gmach Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej, tzw. PAST-y, przy ul. Zielnej 37/39. W akcji uczestniczą m.in. oddziały z IX zgrupowania rtm. „Leliwy”, pluton szturmowy z kompanii „Koszta”, dwa patrole saperów, kobiecy patrol minerski, dwa patrole miotaczy płomieni, specjalna ekipa straży ogniowej. Dotychczasowe próby zdobycia PAST-y załamywały się, ze znacznymi stratami własnymi, wobec przewagi ogniowej Niemców, zamkniętych w ufortyfikowanym gmachu. Po kilkunastu godzinach ciężkiej walki Powstańcy zdobywają gmach PAST-y, likwidując w ten sposób uciążliwy punkt ostrzału. Straty wroga wynoszą 36 zabitych. Do niewoli dostaje się 115 Niemców z różnych formacji, w tym wielu rannych i poparzonych. Straty powstańcze wynoszą 38 osób zabitych i 63 rannych. Dane te nie obejmują osób cywilnych i strat innych placówek zlokalizowanych wokół PAST-y, na przykład placówki przy ulicy Królewskiej 16 i żołnierzy innych oddziałów, którzy samorzutnie ochotniczo włączyli się do walki.

Powstanie Warszawskie - Dzień 15

Najbardziej tragiczny dla kompanii "Grażyna" okazał się 15 sierpnia. Rozpoczął się ostrzałem z miotacza min tzw. "krowy", początkowo "Prudentialu" a potem rejonu Mazowieckiej. Myśmy nazywali te miotacze "krowy" albo "szafy". "Szafy", dlatego, że zawsze był taki charakterystyczny zgrzyt, gdy naciągali sprężyny. A "krowy", dlatego, że wystrzał "krów", z reguły było to sześć pocisków, przypominał troszeczkę ryk krowy. Pierwsze miny wznieciły pożar w kamienicy przy Mazowieckiej. Trzy dalsze pociski zapalające (fosfor!) wpadły na podwórze. Na dodatek jeden z nich trafił w zgromadzone przed wejściem do tylnej oficyny butelki z benzyną, których było ze trzydzieści.
Chwilę wcześniej ogłoszono alarm i wszyscy wybiegli na podwórze. Jeden z plutonów, akurat trzeci pluton, w którym ja byłem, był już gotowy, ustawiony w szeregu. I chyba trzynaście osób z tego plutonu, stanęło w płomieniach. To było coś przerażającego. Do dzisiaj pamiętam i słyszę ryk bólu palących się ludzi...
Rozszalało się piekło. Płonący fosfor i benzyna obróciły kilku żołnierzy z plutonu w żywe pochodnie. Widziałem dantejskie sceny. Wśród ogarniętych płomieniami był im.in. dowódca III plutonu pchor. "Kocio" (Bolesław Koucki). Jakimś cudem byłem nietknięty i rzuciłem się do gaszenia płonących kolegów.
Pamiętam, że m.in zająłem się pchor. "Kocio". Po ugaszeniu na nim fosforu zobaczyłem, że miał oberwaną rękę i całkowicie spaloną skórę twarzy, ramion i górnej części tułowia. Pamiętam, że trzymałem jego głowę na kolanach. W pewnym momencie odzyskał przytomność, podniósł się na jednej ręce, zobaczył, że nie ma drugiej i że jest właściwie cały spalony i zemdlał. Wiem, że niedługo potem zmarł w strasznych męczarniach mimo przeniesienia do szpitala.
Największe straty poniósł III pluton, w którym służyłem. Zmarłych pochowano na cmentarzu zgrupowania, na ulicy - o makabrycznej w tym kontekście nazwie - Dowcip.

Wspomnienia kaprala Andrzeja Danysza ps. "Filozof"

Powstanie Warszawskie - Dzień 13

13 sierpnia na małej uliczce Kilińskiego, między Podwalem a Długą wybuchł słynny czołg bez załogi. Są różne wersje, w jaki sposób zdobyli go młodzi Powstańcy. Faktem jest, że za czołgiem, oblepionym masą ludzi gęstą jak rój pszczół, z nieopisanym entuzjazmem ciągnęli dalsi amatorzy zdobycznej broni - od strony Placu Zamkowego w tę krótką ulicę Kilińskiego. Ta wielka radość spowodowała zgromadzenie tłumu szczęśliwych ludzi, w tym oczywiście mnóstwa dzieci. Liczbę ofiar wybuchu szacuje się na około 500 osób.

Wkrótce po zakwaterowaniu w rejonie ulic Sapieżyńska - Mławska, szef sanitarny "Kedywu" dr "Skiba" (Cyprian Sadowski) powołał doktora Oddziału "Kolegium A" Jerzego Kaczyńskiego ps. "Bohdan" do zorganizowania nowego szpitala "Pod Krzywą Latarnią" (była to wówczas nazwa restauracji, mieszczącej się w piwnicy przy ulicy Podwale) tuż za rogiem ul. Kilińskiego. Wszyscy żołnierze "Stasinka" (już od 12.08 włączeni do Batalionu "Zośka", jako pluton "Śnicy" - Bolesława Góreckiego), zostali zaangażowani do urządzania szpitala, stworzonego głównie dla ofiar wybuchu czołgu. Znosili materace i sienniki, tudzież pościel i wszystko, co mogło się przydać ofiarowywane chętnie przez okolicznych mieszkańców.

Ofiar tych było setki, a miejsc zaledwie 50, 60 - w dwóch piwnicznych salach restauracyjnych. Do pomocy doktorowi "Bohdanowi" (Jerzemu Kaczyńskiemu) przydzielono lekarzy: Jagodowskiego (zaopatrzenie w środki medyczne) i Włodzimierza Nakwaskiego ps. "Wodołaz" (zagospodarowanie lokalu).

Żaden opis nie odda prawdy o tym, co działo się na ulicy Kilińskiego po tym perfidnie obmyślonym przez Niemców akcie zbrodni. Piekło?- to sielanka średniowiecznych wyobrażeń. Groza? - to oglądanie filmów z przełomu XX i XXI wieku. Apokalipsa? - to czytanie Biblii. Nie da się zapomnieć widoku pięknego ciała 18 letniej dziewczyny na barze restauracyjnym, pełniącym rolę stołu operacyjnego. To, że było ono naszpikowane niezliczoną ilością odłamków - to nic w porównaniu do dziwnego, powikłanego złamania otwartego kości goleniowej. Po parosekundowej obserwacji dr "Bohdan" postawił diagnozę - to jest kość innego człowieka wbita siłą wybuchu w goleń rannej.


wspomnienia sanitariuszki Danuty Mancewicz ps. "Danusia" opracowane przez Wojciecha Włodarczyka

Powstanie Warszawskie - Dzień 11

Odwołanie rozkazu o mordowaniu dzieci i kobiet nie oznaczało, że Niemcy zaprzestali masowego ich zabijania. jedna z najbardziej ohydnych zbrodni, którą Niemcy popełnili w czasie Rzezi Woli, miała miejsce w domu przy Bema 54, na tzw. posesji Kosakiewicza, zwanej tak od nazwiska właściciel Ulica Bema, przed wojną długa i prosta, prowadziła wtedy bezpośrednio i Dworzec Zachodni. Stamtąd wywieziono do Pruszkowa sporą część wygnanej ludności Warszawy.

8 sierpnia na domu nr 54 została wywieszona flaga z czerwonym krzyżem. Według jednego z powojennych zeznań, nad wejściem zawisł też napis formujący, że znajduje się tam „azyl dla osób starszych i słabych". Dom był drewniany, jednopiętrowy. Okna z tylnej strony domu zostały zabite deskami a w bramie stanęli esesmani z opaskami z czerwonym krzyżem na ramionach. Ci esesmani - w liczbie dwóch lub trzech - zaczęli odłączać od pędzonych ludzi dzieci w wieku poniżej 10 lat, kalekie staruszki i kobiety ciężarne. W ten sposób trafiła tam 81-letnia matka Anny Hołdakowej, która 8 sierpnia szła z nią i z córką na Dworzec Zachodni. Hołdakowa zeznała po wojnie, że by to ostatnia chwila, kiedy widziała matkę. Nie znała jej dalszych losów. Wszystkie te osoby - z punktu widzenia Niemców zbędne i nieprzydatne - zostały umieszczone w domu Kosakiewicza. Przyglądał się temu 48-letni Stefan Urlich, który stosunkowo swobodnie mógł poruszać się po okolic bo pracował w kuchni dla kolejarzy, ulokowanej na sąsiedniej posesji. Następnego dnia widział w oknach domu dzieci i osoby dorosłe. Składając krótko po wojnie zeznanie, nie potrafił określić, ile mogło być tam osób, ale stwierdzi że było ich wiele i wszystkie lokale musiały być zapełnione. Późno wieczorem kolejnego dnia do kwatery, w której mieszkał Urlich, dobiegły niepokojące odgłosy: „(...) usłyszałem straszne jęki, krzyki i strzały dochodzące z posesji Kosakiewicza". Mimo niebezpieczeństwa Urlich przekradł się rowem w pobliże domu. „Zobaczyłem wtedy, iż dom nr 54 stoi w płomieniach, a jednocześnie słyszałem dochodzące z płonącego domu straszne krzyki i przekleństwa, rzucane na Niemców i wołanie dzieci «mamo». Nikt z płonącego domu nie uciekał, z tej strony okna były zabite deskami, drzwi musiały być zamknięte. Od strony fabryki Lilpopa padały strzały seryjne, nie zrientowałem się, z jakiej broni. Zrozumiałem, iż płoną ludzie żywi zamknięci w domu, a żołnierze niemieccy stacjonujący w fabryce Lilpopa ostrzeliwują okna wychodzące na ulicę Bema”. Zbrodnia miała miejsce 11 sierpnia, choć tablica pamiątkowa w miejscu dawnej posesji Kosakiewicza podaje datę 9 sierpnia. Dom dopalał się przez kilka następnych dni.


Piotr Gursztyn - "Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona", wydawnictwo Demart, Warszawa 2015"